W 1997 roku system hydrofonów amerykańskiej agencji NOAA, pierwotnie zaprojektowany do nasłuchiwania radzieckich okrętów podwodnych w ramach sieci SOSUS, zarejestrował dźwięk, który na długo zaprzątnął wyobraźnię świata. Nazwany Bloop, był ultraniskiej częstotliwości i tak potężny, że rozniósł się na dystansie ponad 5 000 kilometrów. Przez lata krążyły plotki o morskim potworze, nieznanym gatunku wieloryba – a nawet nowej formie życia głębinowego. Dziś wiemy, że pochodzenie Bloop jest czysto lodowe. A historia jego wyjaśnienia to niezwykła podróż od oceanicznej głuszy po kruszenie się antarktycznych gór lodowych.
Dźwięk, który narastał przez minutę
Charakterystyka zarejestrowanego sygnału była niezwykla: przez około minutę częstotliwość systematycznie rosła, a jego amplituda – czyli głośność – była wystarczająca, by usłyszały go sensory oddalone od siebie o tysiące mil. Źródło namierzono w pustym punkcie na południowym Pacyfiku, pod współrzędnymi 50°S 100°W, czyli setki kilometrów od jakiegokolwiek lądu. System pomiarowy składał się z autonomicznych hydrofonów NOAA (PMEL), które normalnie służą do monitorowania sejsmiki podmorskiej, odgłosów lodu oraz migracji ssaków morskich. To właśnie ten zestaw pozwolił po raz pierwszy usłyszeć Bloop z tak dużej odległości. Ówczesny szef programu, Christopher Fox, przyznał w 2002 roku w wywiadzie dla „New Scientist”, że dźwięk nie przypomina żadnego odgłosu stworzenia morskiego – był po prostu zbyt potężny, by pochodzić od zwierzęcia. Mimo to przez lata podejrzewano, że to nieznany gatunek, bo jego sygnatura akustyczna – gwałtowna zmiana częstotliwości – przypominała odgłosy żywych organizmów. Nawet Fox sam przyznał w 2001 roku CNN, że jego przeczucie wskazywało na pochodzenie zwierzęce.
Głos z głębi: trzęsienie lodu i góra A53a
Przełom nastąpił w 2008 roku, gdy naukowcy śledzili rozpad gigantycznej góry lodowej A53a w pobliżu wyspy Georgia Południowa. Okazało się, że podczas jej kruszenia generowane są dźwięki o niemal identycznych spektrogramach co Bloop. Wtedy NOAA oficjalnie przypisała Bloop tzw. kriozeizmom – trzęsieniom lodu niewywołanym aktywnością tektoniczną, ale wynikającym z ruchów lodowców. Najprawdopodobniej źródło znajdowało się między Cieśniną Bransfielda a Morzem Rossa, być może w rejonie Cape Adare – miejsca znanego z emisji podobnych sygnałów kriogenicznych. Woda morska okazała się doskonałym nośnikiem – w przeciwieństwie do powietrza, przez ocean dźwięk płynie jak po autostradzie, pozwalając usłyszeć łamanie się lodu z oddali setek kilometrów.
Jak działa ten mechanizm? W przypadku tzw. ice calving – czyli odrywania się brył lodowca – dźwięk zmienia się wraz z ruchem źródła. Pękające masy lodu wytwarzają potężne, niskoczęstotliwościowe fale, które w wodzie niosą się niemal bez strat. Oceanograf Yunbo Xie wyjaśniał, że zmiany kształtu fali spowodowane są także tzw. kątowymi charakterystykami promieniowania związanymi z niesymetrycznymi drganiami pokrywy lodowej.
Kruszenie, tarcie, wyginanie – lód ma swój własny język
W procesie powstawania Bloopów biorą udział także dwa inne zjawiska: rubbing i ridging. Pierwsze polega na tym, że dwie lub więcej warstw sprasowanego lodu lodowcowego są wzajemnie dociskane, wywołując odkształcenia ścinające na krawędziach – powstają wtedy fale poprzeczne (tzw. fale SH). Drugie – ridging – zachodzi, gdy lód wygina się lub ślizga w grzbietach. Według Xie, oba te zjawiska generują dźwięk w sekwencji niszczenia kry lodowej. Opisuje to tak: „Równanie falowe wynikające z odkształceń ścinających definiuje się w krze lodowej, a efekt tarcia jest sprzęż








