Był sobie spokojny, słoneczny poranek 15 czerwca 1859 roku na wyspie San Juan. Lyman Cutlar, farmer z Kentucky, wyszedł do swojego ogrodu i zobaczył znajomy widok: wielka, czarna świnia ryła mu w ziemniakach. To nie był pierwszy raz, gdy zwierzę buszowało w jego plonach. Cutlar, który osiedlił się na wyspie na mocy amerykańskiej ustawy o nadaniu ziemi (Donation Land Claim Act z 1850 roku), miał już dość. Sięgnął po strzelbę i zastrzelił świnię. I tak, od jednego wystrzału, rozpoczął się konflikt, który dziś znamy jako Wojna o świnię (Pig War). Paradoks historii? Nie padł ani jeden ludzki strzał, a przez ponad dekadę dwie potężne floty stały naprzeciw siebie, gotowe do bitwy.
Kto był właścicielem świni i dlaczego to ważne?
Świnia nie była dzika. Należała do Charlesa Griffina, Irlandczyka pracującego dla Kompanii Zatoki Hudsona (Hudson’s Bay Company), która na San Juan prowadziła hodowlę owiec. Griffin uznał, że Cutlar nie ma prawa zabijać jego własności, i zagroził farmerowi aresztowaniem. Cutlar, czując się osaczony, wezwał na pomoc amerykańskie wojsko z Fortu Bellingham. I tu zaczyna się prawdziwa historia, bo spór o świnię był tylko iskrą. Prawdziwym paliwem była niejasność w traktacie oregońskim z 15 czerwca 1846 roku. Dokument ten wyznaczał granicę między USA a Brytyjską Ameryką Północną (dzisiejszą Kanadą) wzdłuż 49. równoleżnika, a potem „na południe przez środek kanału oddzielającego kontynent od wyspy Vancouver”. Problem? Były dwa kanały: Cieśnina Haro (Haro Strait) na zachodzie i Cieśnina Rosario (Rosario Strait) na wschodzie. Amerykanie twierdzili, że chodzi o Haro, Brytyjczycy – o Rosario. Spór o wyspy San Juan wisiał w powietrzu od lat.
Generałowie, spiski i 461 żołnierzy na jednej wyspie
Gdy wieść o zabitej świni dotarła do dowódcy amerykańskiego Departamentu Oregonu, generała Williama S. Harneya, ten zareagował natychmiast. Wysłał na San Juan oddział 66 żołnierzy pod dowództwem kapitana George’a Picketta – tego samego, który później wsławił się w słynnej szarży pod Gettysburgiem podczas wojny secesyjnej. Brytyjczycy odpowiedzieli wysłaniem trzech okrętów wojennych Royal Navy: HMS Tribune, HMS Satellite i HMS Plumper. W ciągu kilku dni na wyspie wylądowało łącznie 461 amerykańskich żołnierzy, a naprzeciw nich stanęło pięć brytyjskich okrętów z 214 działami i około 2000 marynarzy. Sytuacja była napięta do granic możliwości. Co ciekawe, niektórzy historycy podejrzewają, że generał Harney celowo prowokował konflikt. Według późniejszych wspomnień samego George’a B. McClellana (późniejszego głównodowodzącego armii Unii), Harney i Pickett mieli rzekomo knuć, by wywołać wojnę z Wielką Brytanią. Cel? Odwrócenie uwagi od narastającego konfliktu Północy z Południem, który wkrótce miał przerodzić się w wojnę secesyjną. Inni, jak generał Granville O. Haller, twierdzili, że chodziło o jeszcze bardziej cyniczny plan – sprowokowanie wojny z Brytyjczykami, by Południe mogło w tym chaosie ogłosić secesję. Dziś trudno oddzielić fakty od teorii spiskowych, ale jedno jest pewne: decyzje Harneya były podejrzanie radykalne.
Jak generał Winfield Scott ugasił pożar (i uratował świnię przed sławą)
Na szczęście dla obu stron, zanim padł pierwszy celny strzał w stronę człowieka, do akcji wkroczył generał Winfield Scott – weteran wojen i jeden z najwybitniejszych amerykańskich dowódców. Scott przybył na San Juan w październiku 1859 roku i spotkał się z brytyjskim gubernatorem kolonii Vancouver Island, Jamesem Douglasem. Obaj mężczyźni doszli do porozumienia: obie strony wycofają większość wojsk, a na wyspie pozostanie jedynie symboliczna obecność – po kompanii żołnierzy amerykańskich i brytyjskich. I tak przez kolejne 12 lat, aż do 1871 roku, amerykańscy i brytyjscy żołnierze stali na San Juan ramię w ramię, pijąc razem herbatę i grając w krykieta. Konflikt ostatecznie rozstrzygnął dopiero arbitraż międzynarodowy. W 1872 roku cesarz Niemiec Wilhelm I, wyznaczony na mediatora, orzekł na korzyść USA, wyznaczając granicę przez Cieśninę Haro. Wyspy San Juan przypadły Amerykanom. Brytyjczycy spokojnie spakowali manatki i odpłynęli. A świnia? Stała się symbolem absurdu – jedyną ofiarą konfliktu, w którym dwie potęgi światowe postawiły na szali pokój dla… ziemniaków. Dziś na San Juan stoi pomnik upamiętniający ten incydent, a turyści mogą zobaczyć miejsce, gdzie jeden wystrzał mógł zmienić losy granicy, ale ostatecznie skończył się tylko na pieczeni.








