Unia Europejska łagodzi niektóre przepisy dotyczące handlu emisjami, ale nie rezygnuje z zaostrzania polityki klimatycznej po 2030 roku. Opublikowana 17 lipca propozycja Komisji Europejskiej przewiduje przede wszystkim spowolnienie tempa wycofywania uprawnień do emisji CO₂ - zamiast 4,4 procent rocznie po 2030 roku ma to być 3,7 procent, a od 2036 roku zaledwie 1,7 procent. Dla polskiego przemysłu i firm oznacza to więcej czasu na modernizację, ale jednocześnie nowe obowiązki inwestycyjne, bez których darmowe uprawnienia mogą przepaść.
Wolniejsze wycofywanie uprawnień. Co to oznacza dla firm?
Najważniejsza zmiana dotyczy tzw. współczynnika liniowej redukcji emisji (LRF). Jeśli propozycja KE wejdzie w życie, pula uprawnień będzie kurczyć się wolniej, a system nie wyzeruje podaży około 2040 roku, jak wynikało z dotychczasowych przepisów. Analitycy spodziewają się, że ta zmiana spowolni wzrost cen uprawnień, ale tylko w pierwszej połowie lat 30. Według wyliczeń KE ceny uprawnień w 2040 roku mają sięgnąć około 380 euro za tonę CO₂. Wcześniejsza analiza ośrodka Veyt wskazywała na średnią 227 euro za tonę w latach 2031-2040, podczas gdy bez zmian byłoby to nawet 395 euro. Dla firm oznacza to niższe rachunki za emisje, ale tylko przejściowo.

Darmowe uprawnienia tylko za inwestycje. Już nie bezwarunkowo
Komisja proponuje, by darmowa alokacja uprawnień dla przemysłu była powiązana z planami inwestycyjnymi i faktyczną realizacją projektów dekarbonizacyjnych. W uproszczeniu: 80 procent wsparcia ma być przyznawane po akceptacji planów inwestycyjnych w UE, a 20 procent dopiero po udowodnieniu, że inwestycje zostały wykonane. Z obowiązku warunkowości zwolnionych ma być 10 procent najbardziej efektywnych instalacji oraz firmy uznane za zero- lub niskoemisyjne. Dla przedsiębiorstw energochłonnych - a takich w Polsce nie brakuje - to sygnał, że strategia oparta wyłącznie na kupowaniu uprawnień przestaje działać. Trzeba będzie realnie inwestować w redukcję emisji, żeby utrzymać dostęp do darmowych pozwoleń.
Fundusz Modernizacyjny przedłużony, ale na gorszych warunkach
Z perspektywy polskiej ważna jest propozycja przedłużenia Funduszu Modernizacyjnego do 2040 roku. To jedno z głównych źródeł finansowania modernizacji energetyki i sieci w biedniejszych krajach UE. Jednak środków będzie mniej: zamiast 4,5 procent unijnej puli aukcyjnej, po 2030 roku ma to być 2 procent, z dodatkowym 0,5 procent dla państw uboższych przez Bank Dekarbonizacji Przemysłu. Co więcej, 95 procent pieniędzy z FM nadal ma trafiać na inwestycje priorytetowe, takie jak OZE, efektywność energetyczna, magazyny energii i sieci. Komisja nie przewidziała w tej puli finansowania energetyki jądrowej ani infrastruktury gazowej.
Co z ciepłownictwem i spalarniami odpadów?
Dla ciepłownictwa sieciowego, które w Polsce ma ogromne znaczenie, KE proponuje dodatkową darmową alokację do 2040 roku. Ma być wygaszana stopniowo: 30 procent przydziału na początku, potem liniowy spadek do zera w 2040 roku. To daje branży dodatkową dekadę na modernizację. Z kolei spalarnie odpadów mają wejść do systemu ETS od 2031 roku, ale z fazą przejściową: od 2031 roku rozliczałyby tylko 25 procent emisji, a pełne objęcie sektora nastąpiłoby w 2035 roku. Dla samorządów i operatorów spalarni to sygnał, że trzeba przygotować się na wyższe koszty operacyjne.
Nowe obowiązki dla firm: co zrobić, żeby nie przepłacić?
Propozycja KE wprowadza też obowiązek przeznaczania co najmniej 50 procent krajowych przychodów z aukcji uprawnień na dekarbonizację sektorów objętych ETS. Dla przedsiębiorstw może to oznaczać większą przewidywalność finansowania inwestycji w efektywność energetyczną, elektryfikację czy wychwytywanie CO₂. Jednocześnie jednak firmy muszą przygotować strategię inwestycyjną na najbliższe lata. Bez planu dekarbonizacyjnego i jego realizacji darmowe uprawnienia mogą przepaść - a to oznacza wyższe koszty, które prędzej czy później odczują odbiorcy końcowi.








