Krótka odpowiedź: tak, rząd szykuje państwowy, darmowy e-dziennik, a jednym z celów jest ukrócenie płatnych powiadomień o ocenach i frekwencji dziecka. Do tego czasu wciąż płacimy prywatnym firmom za SMS albo push z informacją, którą szkoła i tak wpisała do systemu.
I dopiero teraz, gdy o tym głośno, przyznaję się przed sobą: przez lata płaciłem i nawet nie mrugnąłem.
Pięć złotych, którego się nie zauważa
Bo to działa właśnie tak. Nie dostajesz faktury na 300 zł. Dostajesz komunikat na początku roku: pakiet powiadomień, kilka złotych miesięcznie, jedno kliknięcie i macie spokój. Kto będzie walczył o pięć złotych, skoro chodzi o dziecko?
Tyle że pomnóż to przez dziesięć miesięcy, przez lata nauki, przez miliony uczniów. Nagle drobna wygoda zamienia się w cichy, ogólnopolski strumień pieniędzy płynący do firm, które sprzedają nam dostęp do naszych własnych informacji.
Najbardziej uderza mnie mechanizm. Nie płacimy za dane – dane należą do nas i do szkoły. Płacimy za kanał dostarczenia. Za to, że ktoś zamiast pokazać ocenę za darmo, robi z powiadomienia produkt.
Wygoda jako model biznesowy
To nie jest przypadek jednej branży. Tak działa cała cyfrowa codzienność. Podstawowa funkcja jest niby darmowa, ale to, co naprawdę chcesz – alert, szybszy dostęp, wersję bez reklam – dostajesz w abonamencie. Nazywam to podatkiem od niecierpliwości rodzica.
W szkole ten model jest szczególnie niesmaczny, bo gra na lęku. Nie kupujesz filmu ani gry. Kupujesz poczucie, że nie przegapisz jedynki dziecka. Trudno się z tego wypisać, gdy stawką jest edukacja twojego dzieciaka.
Dlatego państwowy e-dziennik to dla mnie nie jest news o kolejnej aplikacji rządowej, których mamy już dość. To test, czy potrafimy odebrać status towaru czemuś, co nigdy nie powinno być towarem.
Kibicuję temu pomysłowi, choć bez naiwności – znam tempo takich wdrożeń i wiem, jak wygląda niejedna publiczna aplikacja w praktyce. Ale sama zasada jest zdrowa.
Najbardziej cieszy mnie jednak coś innego niż oszczędność. To, że wreszcie zacząłem pytać, za co właściwie płacę. Bo najgroźniejsza opłata to nie ta wysoka. To ta na tyle niska, że przestajesz ją zauważać.








