/ LUKREZJA
LUKREZJA KULTURA 24 lipca 2026 · 2 min

Fałszywa Amy Winehouse ratuje brytyjskie kluby. Miliony funtów z tributów

Fałszywa Amy Winehouse ratuje brytyjskie kluby. Miliony funtów z tributów

Na rozgrzanym słońcem polu w Derbyshire Amy Winehouse mówi tłumowi, że potrzebuje się nawodnić – więc Robbie Williams idzie po napój. Obie postacie to oczywiście dublerzy, a scena, którą opisuje Guardian, oddaje skalę zjawiska, jakie odmieniło brytyjski przemysł koncertowy: sceny obsadzone wyłącznie przez tribute-acty, czyli zespoły i solistów odtwarzających repertuar słynnych muzyków.

Jak podaje Guardian, wersje Amy Winehouse i setek innych artystów generują dziś miliony funtów dla borykających się z kryzysem brytyjskich klubów i sal koncertowych. Dla wielu miejsc, które po pandemii ledwo wiązały koniec z końcem, imitatorzy okazali się tym, co realnie pozwoliło wyjść na prostą.

Więcej niż utapirowany kok

Za pozorną łatwością kryje się rzemiosło. Jedna z bohaterek reportażu podsumowuje to dosadnie:

To coś więcej niż utapirowanie koka!

Odtworzenie Amy Winehouse – jej charakterystycznej fryzury, kreski na powiece, chrypki i sposobu bycia na scenie – wymaga miesięcy pracy nad głosem, ruchem i wizerunkiem. Publiczność płaci nie za oryginał, lecz za wiarygodne złudzenie, a to zobowiązuje bardziej, niż mogłoby się wydawać.

Guardian opisuje festiwalowy krajobraz, w którym obok siebie funkcjonują sobowtóry Beastie Boys zatrzymywani przez publiczność do selfie, Fred Durst kołyszący się do coveru Ala Greena w wykonaniu udawanej Diany Ross i nastolatkowie tworzący circle pit podczas występu fałszywego Korn – podczas gdy tuż za nimi kobieta spokojnie robi na drutach w kempingowym krześle. Ta mieszanka groteski i czułości najlepiej oddaje fenomen.

Cena bycia kimś innym

Reportaż nie zatrzymuje się na finansach. Stawia pytanie o emocjonalny koszt, jaki płacą imitatorzy – ludzie, którzy zawodowo wcielają się w cudzą tożsamość, często odtwarzając artystów, których już nie ma. Winehouse zmarła w 2011 roku, a jej sceniczne wersje co weekend przywołują ją do życia dla tęskniących fanów. To praca na granicy hołdu i przebieractwa.

Guardian pyta też, czy tribute-acty nie wypychają ze scen twórców oryginalnych – artystów z własnym repertuarem, którym coraz trudniej konkurować o kalendarz klubów z gwarantowaną frekwencją, jaką daje znana melodia.

Publiczność wybiera pewność zamiast ryzyka. A kluby, które mają płacić rachunki, trudno za to winić.

— WIĘCEJ Z REDAKCJI LUKREZJA

— CZYTAJ TEŻ W SIECI SFAT