Jeśli chcesz zabrać psa na spacer do rezerwatu z chronionymi żółwiami, kluczowa zasada brzmi: pies zostaje na smyczy, a wy trzymacie się wyłącznie wyznaczonych ścieżek. W wielu rezerwatach i parkach krajobrazowych wprowadzanie psów jest ograniczone lub zakazane, więc zawsze sprawdzam regulamin danego miejsca przed wyjazdem.
Piszę o tym, bo trafiłem na opis Lasów Sobiborskich – enklawy żółwi błotnych, gadożerów i puszczyków mszarnych, ukrytej przy wschodniej granicy Polski. I od razu pomyślałem: to jest dokładnie ten typ miejsca, który kusi psiarzy szukających ciszy zamiast plażowego zgiełku.
Dlaczego wybieram las z żółwiami zamiast plaży
W szczycie sezonu urlopowego krajowe plaże przypominają koncert masowy. Dla psa to przebodźcowanie: setki obcych ludzi, dzieci z piłkami, inne psy bez smyczy i upał na rozgrzanym piasku.
Torfowiskowy las to inna bajka. Chłodniejszy cień, miękkie podłoże pod łapami, mniej ludzi i zapachy, które dla psiego nosa są prawdziwym festiwalem. Mój pies po takim spacerze jest zmęczony w dobrym sensie – naprawdę wywąchany, a nie wystresowany tłumem.
Jest jednak druga strona medalu. Miejsce, które zachwyca żółwiami błotnymi, jest cenne właśnie dlatego, że nikt go jeszcze nie zadeptał. A pies to potencjalny burzyciel tej równowagi.
Żółw błotny nie ma szans z ciekawskim psem
Żółw błotny to jeden z najrzadszych rodzimych gadów. Samice wychodzą z wody, żeby złożyć jaja w piaszczystym gruncie, i wtedy są wyjątkowo bezbronne. Pies, który biega luzem i kopie w ziemi, potrafi zniszczyć lęg w kilka sekund, nawet nie mając złych intencji.
Podobnie z ptakami gniazdującymi nisko. Gadożer czy puszczyk mszarny nie ucieknie tak łatwo, jak nam się wydaje, a spłoszona samica potrafi porzucić lęg. Dlatego w takich miejscach smycz to nie fanaberia leśnika, tylko warunek, żeby to wszystko w ogóle przetrwało.
Uczciwie przyznaję: sam mam ochotę spuścić psa ze smyczy, kiedy widzę pustą ścieżkę. Ale właśnie ta pokusa jest najgroźniejsza – bo najcenniejsza przyroda ginie nie od złych ludzi, tylko od dobrych ludzi, którzy raz zrobili wyjątek.
Jak zabrać psa, żeby nie zaszkodzić
Zanim gdziekolwiek pojadę, sprawdzam status terenu. Rezerwat ścisły często oznacza całkowity zakaz wprowadzania psów, a park krajobrazowy dopuszcza wejście, ale zwykle na smyczy i po ścieżkach. To dwie różne rzeczy i łatwo je pomylić.
Biorę smycz przewodnikową, wodę dla psa i woreczki. Nie schodzę z wydeptanego szlaku, nawet jeśli obok kusi ładniejszy widok – bo torfowisko potrafi być zdradliwe i dla psa, i dla ekosystemu. W upał ruszam wcześnie rano, kiedy kleszcze i komary jeszcze nie szaleją, a po powrocie zawsze przeglądam psa dokładnie.
Jeśli po spacerze zauważę u psa apatię, gorączkę albo ślad po ukłuciu z rumieniem, nie kombinuję – jadę do weterynarza. Tereny podmokłe to raj dla kleszczy, a chorób odkleszczowych naprawdę nie warto lekceważyć.
Cisza jest dobrem, które łatwo przejeść
Najbardziej uderzyło mnie to, że miejsce jest wyjątkowe właśnie dlatego, że jest niepopularne. W momencie, w którym opiszą je wszyscy blogerzy i zjadą tam tłumy z psami bez smyczy, przestanie być tym, po co się tam jedzie.
Dlatego traktuję takie wyjazdy jak przywilej na kredyt. Zabieram psa do lasu z żółwiami nie po to, żeby go tam rozpuścić, tylko żeby razem być gośćmi, którzy po sobie nie zostawiają śladu poza łapą na ścieżce.








