Cała Polska mówi dziś o Odysei Nolana. A ja mam kontrowersyjną tezę: najwierniejszą ekranizacją Homera nie jest to, co pokazano w IMAX, tylko „SpongeBob Film: Wielka ucieczka” z 2004 roku.
IndieWire wyliczyło alternatywne wersje eposu i wsadziło tam SpongeBoba – i po namyśle uważam, że to nie żart. Homer opowiada o bohaterze, który musi wrócić do domu, pokonując po drodze monstra, pokusy i własną głupotę. SpongeBob rusza po skradzioną koronę do Muszla City, spotyka cyklopa, syreny i zwodnicze pokusy. To Odyseja w gąbce.
Dlaczego to działa
Klasyczna „wyprawa i powrót” nie zestarzała się od trzech tysięcy lat, bo mówi o czymś banalnym i uniwersalnym: żeby wrócić do siebie, trzeba przejść przez piekło. Nolan robi to z gwiazdami i drakkarem. Kreskówka robi to z gąbką w spodniach – i dzieciak łapie tę samą prawdę bez znajomości greki.
Nie namawiam, by porzucić Nolana dla Bikini Dolnego. Namawiam, by przestać dzielić kulturę na „wysoką” i „śmieszną”. Homer był popkulturą swoich czasów – śpiewaną na rynkach, nie czytaną w ciszy.
Odyseusz i SpongeBob chcą tego samego: wrócić do domu. Reszta to tylko efekty specjalne.







