Czterdzieści lat po tym, jak Wham! jako pierwszy zachodni zespół popowy zagrał w Chinach, Andrew Ridgeley ujawnia kulisy tej trasy. I mówi coś, co kompletnie zmienia moje myślenie o tamtym wydarzeniu: „Myślałem, że to nie ma u diabła szans”. To zdanie pada dziś w Guardianie, a ja nagle widzę, jak bardzo myliliśmy się wszyscy, którzy uważaliśmy, że koncert Wham! w Pekinie był triumfem od początku do końca.
Ciche koncerty i niezręczne przyjęcia – Ridgeley mówi wprost
Ridgeley wspomina milczącą publiczność, która nie reagowała na utwory, ambasadowe przyjęcia tak napięte, że aż śmieszne, oraz „cholernie niedorzeczny” pomysł zatrudnienia Lindsay Andersona jako reżysera dokumentu. To nie brzmi jak sukces. Brzmi jak misja, w którą nawet sami wykonawcy nie wierzyli. I właśnie w tym momencie uświadamiam sobie, że siła popkultury nie polega na tym, że zawsze działa – ale na tym, że działa nawet wtedy, gdy nikt nie spodziewa się efektów.
Koncert jako broń – i po co nam ta nostalgia
Wham! w Chinach było nie tylko koncertem. Było pierwszym zetknięciem Chińczyków z zachodnią muzyką pop po latach izolacji. Ridgeley przyznaje, że w ogóle nie rozumiał, po co to robią – dopiero z perspektywy widzi, że to było coś więcej niż show. Dziś, gdy myślę o innych takich wydarzeniach – od amerykańskiego jazzu w ZSRR po koreański K-pop w Arabii Saudyjskiej – widzę ten sam mechanizm. Muzyka przechodzi tam, gdzie dyplomacja się zacina. Ridgeley myślał, że to klapa. A okazało się, że to jedna z najważniejszych tras w historii muzyki. I właśnie ta niepewność, to „nie miałem pojęcia” – robi z niej lekcję na dzisiaj: nie musisz wierzyć, żeby twoja kultura zmieniała świat.







