Wreszcie jest – trzeci spin-off kultowego uniwersum Teorii wielkiego podrywu zadebiutował na HBO Max, a wraz z nim powracają postaci, które w oryginalnym sitcomie często pozostawały w cieniu Sheldona i Leonarda. „Stuart nie ratuje wszechświata” to 10 odcinków szalonej podróży przez multiwersum, w której główni bohaterowie – Stuart, Denise, Bert i Kripke – muszą naprawić to, co zepsuli. Czy warto poświęcić czas na ten serial? Według pierwszych recenzji i opinii aktorów – zdecydowanie tak, ale trzeba być przygotowanym na humor w stylu Chucka Lorre’a, czyli bezpruderyjny, nerdowski i momentami absurdalny.
O czym jest „Stuart nie ratuje wszechświata”?
Akcja serialu rozpoczyna się w momencie, gdy Stuart (Kevin Sussman) przypadkowo uszkadza eksperymentalne urządzenie zbudowane przez Sheldona, Leonarda i Howarda. Efekt? Wszechświat zaczyna się rozpadać, a bohaterowie muszą wyruszyć w podróż przez nieskończone, pokręcone rzeczywistości, by wszystko naprawić. Jak donosi recenzja na Serialowej, twórcy – Chuck Lorre, Bill Prady i Zak Penn – postawili na hybrydę klasycznego sitcomu i przygodówki science fiction. W każdym odcinku ekipa trafia do innego świata: od postapokaliptycznego, przez rajską wyspę, aż po rzeczywistość stworzoną na wzór słynnego „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Inspiracje czerpali z „Doktora Who”, wczesnego Woody’ego Allena, Monty Pythona i „Facetów w czerni”.
Serial jest krótki – połowa odcinków trwa mniej niż 20 minut, a najkrótszy z nich to zaledwie kwadrans. Chuck Lorre tłumaczy, że to celowy zabieg: zespół przyzwyczajony do pracy w tradycyjnej telewizji postanowił zrobić sitcom bez przestojów i wypełniaczy. Dla widza oznacza to szybkie tempo i mnóstwo gagów na minutę, ale też mniej czasu na budowanie napięcia czy pogłębionych relacji. Mimo to recenzenci podkreślają, że chemia między główną czwórką działa znakomicie.
Powroty, które cieszą – Kripke w nowej odsłonie
Jedną z największych atrakcji serialu jest powrót Barry’ego Kripkego, granej przez Johna Rossa Bowiego postaci, która w oryginalnej serii była uosobieniem irytującego, ale genialnego fizyka. W „Stuart nie ratuje wszechświata” Kripke pojawia się w przebraniu Wielkiego Kalifa Południowej Pasadeny – przywódcy jednego z alternatywnych światów. Jak zdradził aktor w wywiadzie dla Serialowej, inspiracją dla kostiumu był… Muammar Kaddafi. „Wypróbowaliśmy wiele różnych mundurów i zdecydowaliśmy się na kolor, który nazwaliśmy błękitem à la Kaddafi” – mówi Bowie. „Czasami po prostu możesz się odprężyć i pozwolić kostiumowi zrobić za ciebie całą robotę”.
Aktor dodaje, że wejście jego postaci było nakręcone z niskiego kąta, co nadało mu bondowskiego sznytu. Brian Posehn, grający Berta, przyznaje, że kiedy zobaczył kolegę w tym stroju na planie, pomyślał: „Okej, to inny serial. To po prostu już nie jest nasz stary serial”. Rzeczywiście, Kripke w nowej odsłonie to czysta, nieskrępowana zabawa konwencją – i jeden z najmocniejszych punktów produkcji.
Obsada i goście specjalni – kto jeszcze zagrał?
Główna obsada to Kevin Sussman (Stuart), Lauren Lapkus (Denise), Brian Posehn (Bert) i John Ross Bowie (Kripke). Choć w oryginalnej serii te postaci rzadko wchodziły ze sobą w interakcje, w spin-offie tworzą zgrany zespół. Jak czytamy w recenzji, „skomplikowane relacje między bohaterami i ich przekomarzanki stanowią jedną z najmocniejszych stron «Stuarta»”. Na uwagę zasługuje też wątek romantyczny Stuarta i Denise – para ma wiele uroku, a ich historia rozgrywa się mniej więcej w tym samym momencie, w którym zostawiliśmy ich w Teorii wielkiego podrywu.
Serial obfituje w gościnne występy. Wśród zapowiedzianych nazwisk są Christine Baranski (Beverly Hofstadter), Teller (Larry Fowler), Riki Lindhome (Ramona Nowitzki), Wil Wheaton oraz Jon Cryer z Dwóch i pół. I to – jak zapewniają twórcy – zaledwie wierzchołek góry lodowej. Każdy odcinek kryje niespodzianki, które fani uniwersum będą chcieli odkryć samodzielnie. Uwaga, spoilery! – jeśli chcecie zachować element zaskoczenia, nie czytajcie szczegółowych opisów odcinków przed seansem.
Humor, metażarty i nerdowskie easter eggi
Serial nie stroni od autoironii i metakomentarzy. W jednej ze scen bohaterowie wprost mówią: „Jesteśmy w sitcomie” / „Jesteśmy w bezsensownej pustce” / „To to samo”. Twórcy czerpią garściami z popkultury – od Community po Doktora Who. Jednocześnie zachowują charakterystyczny styl Lorre’a: humor jest czasem rubaszny, momentami wręcz niesubtelny, co może odstraszyć młodszych widzów lub tych, którzy nie przepadają za klasycznym sitcomowym formatem. Ale dla fanów Teorii wielkiego podrywu to będzie czysta przyjemność – mnóstwo easter eggów, nawiązań do kultowych scen i żartów, które zrozumieją tylko wtajemniczeni.
Warto dodać, że serial nie boi się też krytykować samego siebie. W jednym z wywiadów twórcy przyznali, że świadomie odcinają się od przestarzałych elementów oryginału, starając się iść z duchem czasu. Efektem jest produkcja, która – jak ujęła to recenzentka – „może nie rewolucjonizuje komedii, ale z pewnością wprowadza wiele świeżości do nieco już zwietrzałej marki”.
Podsumowanie – czy warto oglądać?
„Stuart nie ratuje wszechświata” to serial dla tych, którzy tęsknią za lekką, nerdowską rozrywką bez zobowiązań. Dziesięć krótkich odcinków można obejrzeć w jeden wieczór, a każdy z nich dostarcza solidnej dawki śmiechu i absurdalnych przygód. Jeśli lubiliście drugoplanowe postaci z Teorii wielkiego podrywu i chcecie zobaczyć ich w nowych, zwariowanych rolach – to strzał w dziesiątkę. Dla nowych widzów może być nieco trudniej, bo serial zakłada znajomość uniwersum, ale nawet bez tego można się dobrze bawić.
Nowe odcinki pojawiają się na HBO Max w każdy piątek. Jeśli macie wątpliwości, obejrzyjcie pierwszy – gwarantuję, że wejście Kripkego w kostiumie à la Kaddafi zapamiętacie na długo.








