Krótka odpowiedź: dzień nad polskim morzem z rybą, goframi, lodami i wejściem na molo da się zamknąć w kwocie, która nie przyprawia o zawał. Legenda o paragonach grozy jest głośniejsza niż rzeczywistość – bo powtarzamy pojedyncze skrajne przypadki, nie średnią.
Sam to sprawdziłem. Smażona ryba z frytkami i surówką to dziś realnie kilkadziesiąt złotych, a nie horrory z nagłówków. Gofr z bitą śmietaną i owocami – cena kawiarnianego deseru w każdym większym mieście. Gałka lodów – tyle, ile w Warszawie czy Krakowie.

Gdzie naprawdę bolą pieniądze
Nie w jedzeniu. Bolą płatne parkingi, leżak na plaży i kilka atrakcji, które kuszą dzieci. To one napędzają wrażenie, że „wszystko zdrożało”. Jedzenie w tym równaniu jest zaskakująco uczciwe.

Mój trop: jedz tam, gdzie stoją kolejki miejscowych, nie tuż przy zejściu na plażę. Ryba dwie ulice w głąb potrafi być świeższa i tańsza. Gofry kupuj po godzinie osiemnastej, gdy budki chcą sprzedać resztę ciasta.
Przestałem wierzyć w paragony grozy z internetu. Częściej mówią o tym, kto je wrzuca, niż o tym, ile faktycznie kosztuje dobry dzień nad Bałtykiem.








