Krótka odpowiedź: tak, warto lecieć do Apulii w listopadzie. Za 495 zł masz loty z Warszawy i trzy noce w Polignano a Mare, klify są te same co w lipcu, tłumów nie ma, a kuchnia bez turystycznej gorączki wraca do formy.
Uważam, że jesień to najuczciwsza pora na włoskie południe. Latem knajpy na starówce gotują na masę, w listopadzie kucharz ma czas, a ty masz stolik.
Co jem, zanim ktokolwiek się obudzi
Apulia to region orecchiette – małych „uszek” z ciasta, które robi się tu na miejscu, często ręcznie. Do tego cime di rapa, gorzkawa botwinka południa, oliwa z lokalnych gajów i burrata, która naprawdę smakuje inaczej blisko źródła.
Polignano a Mare daje widok na turkusowe morze i klify, ale ja jadę tam głównie na focaccia barese i rybę z pobliskiego Monopoli. Stąd rzut beretem do Bari z jego starówką, gdzie kobiety wciąż suszą makaron przed domami.
Przekonałem się, że listopadowe słońce nad Adriatykiem jest łagodniejsze, a jedzenie cieplejsze – bo nikt się nie spieszy. Nie lecę tam po plażowanie. Lecę po talerz, który latem gubi się w kolejce.








