Krótko i konkretnie: od tego roku przejazd rowerem z Kopenhagi do Gdańska ma być łatwiejszy, bo nowy projekt zdejmuje z podróżnika zmartwienie o transport sprzętu. To dobra wiadomość dla każdego, kto marzył o tej trasie, ale bał się logistyki.
Mnie jednak najbardziej cieszy coś innego. Kiedy nie muszę już myśleć o taszczeniu bagażu, mogę myśleć o tym, co naprawdę robi tę podróż – o jedzeniu na kolejnych przystankach.
Bałtyk smakuje inaczej z siodełka
Uważam, że rower to najlepszy sposób zwiedzania kuchni regionu. Jedziesz wolno, jesteś głodny, zatrzymujesz się tam, gdzie pachnie. W Danii to smorrebrod i świeżo wędzone ryby z przystani. Bliżej Gdańska – śledź, rybne smażalnie i chleb na zakwasie.
Przekonałem się, że rowerzysta je uczciwiej niż turysta z auta. Spalasz to, co zjadłeś, więc druga porcja nie jest grzechem, tylko paliwem.
Dlatego planuję tę trasę nie według kilometrów, lecz według posiłków. Danina za daninę: każdy odcinek kończę tam, gdzie warto usiąść i zamówić coś lokalnego. Sprzęt niech jedzie osobno – ja wolę mieć wolne ręce do widelca.








