Trzy noce w Porto z lotami z Wrocławia od 869 zł za osobę to oferta, po którą naprawdę warto sięgnąć – miasto jest kompaktowe, tanie i całe do przejścia pieszo. Ale odpowiem od razu na pytanie, które sam sobie zadałem przed pierwszym wyjazdem: nie, samo porto to nie jest smak tego miasta.
Dlaczego kieliszek w piwnicy to najgorszy początek
Wiem, że brzmi to jak herezja. Winnice po drugiej stronie rzeki Douro, w dzielnicy Vila Nova de Gaia, kuszą degustacjami i widokiem na azulejos. Sam tam poszedłem pierwszego wieczoru i popełniłem błąd, który dziś odradzam każdemu.
Zacząłem od słodkiego, mocnego trunku na pusty żołądek, o siedemnastej, kompletnie zmęczony lotem. Efekt? Zamiast smakować, tylko odhaczyłem punkt z listy. Porto najlepiej wchodzi na końcu dnia, do sera, po solidnym posiłku – nie jako powitanie z miastem.
Dziś robię odwrotnie. Pierwszego dnia idę na francesinha – lokalną kanapkę zatopioną w pikantnym sosie na bazie piwa, przykrytą stopionym serem i często jajkiem sadzonym. To danie ciężkie, tłuste i absurdalnie sycące. I to ono, a nie kieliszek, mówi mi najwięcej o charakterze Porto: miasto pracujące, konkretne, bez pretensji.
Gdzie naprawdę smakuje Porto
Zamiast celować w winiarnie z folderów, schodzę na targ. Mercado do Bolhao po remoncie znów tętni życiem – tu kupuję sardynki, owczy ser i chleb, i za ułamek ceny restauracyjnej mam lepszy obraz tego, co jedzą miejscowi.
Nad rzeką, w dzielnicy Ribeira, ceny idą w górę wraz z widokiem. Wiem, że najlepsze bacalhau – suszony dorsz w setce odsłon – jem o przecznicę dalej, tam gdzie karta jest po portugalsku, a kelner nie mówi po angielsku. To prosta zasada: im dalej od mostu Dom Luis I, tym uczciwszy rachunek.
Za 869 zł dostaję loty i trzy noce, więc na jedzenie zostaje budżet, którego w większości europejskich stolic bym nie miał. I właśnie dlatego uważam, że Porto to jedno z ostatnich miast, gdzie taniej podróżować znaczy jednocześnie jeść lepiej.
Porto zapamiętałem nie przez trunek, od którego wzięło nazwę, lecz przez tłustą kanapkę i słony dorsz. A kieliszek? Zostawiam sobie na sam koniec, do sera, kiedy już wiem, gdzie jestem.








