Chcesz zobaczyć świat z „Odysei” Christophera Nolana? Zacznij od Peloponezu i wybrzeży południowej Grecji – to tam kadr spotyka się z talerzem, a nie tylko z efektem specjalnym.
Do kin trafiła długo wyczekiwana adaptacja eposu Homera. Zachwyca rozmachem i krajobrazem. Mnie jednak filmowe plenery kuszą z innego powodu niż zdjęcia na tło telefonu.
Krajobraz, który się zjada
Bo grecki południowy krajobraz ma smak. Suche wzgórza to gaje oliwne, z których tłoczy się oliwę o gęstym, pieprznym finiszu. Kamieniste zatoki oznaczają rybę prosto z kutra, skrapianą cytryną i grillowaną nad węglem.
Przekonałem się, że w takiej scenerii najgorszym błędem jest jeść w knajpie z angielskim menu przy głównym deptaku. Idę tam, gdzie stoją samochody miejscowych, zamawiam to, co złowiono rano, i piję lokalne białe zamiast markowego wina.
Odyseusz wracał do domu latami. Ja nie mam tyle czasu, ale wiem jedno: te wyspy i przylądki zapamiętam nie przez Nolana, lecz przez smak oliwy, sera i słońca. Film obejrzę raz. Talerz greckiego południa – wielokrotnie.








