Mam dość przepychania się przez tłumy przy Fontannie di Trevi. W zeszłym roku Rzym odwiedziło 22,9 miliona turystów – to prawie dziesięć razy więcej niż liczba mieszkańców. Gdyby nie praca, pewnie też bym tam stał z mapą w ręce. Ale odkryłem San Lorenzo.
Smak oporu i studenckiego życia
To dwadzieścia minut spacerem od Termini w przeciwnym kierunku niż Koloseum. Dzielnica powstała pod koniec XIX wieku dla robotników. Podczas marszu na Rzym w 1922 roku mieszkańcy wznieśli barykady, a faszyści nigdy w pełni nie opanowali tego terenu. Dziś San Lorenzo to „red zone” – lewacka enklawa, w której studenci z La Sapienza mieszają się z artystami.
I właśnie tu jest najlepsze jedzenie w Rzymie. Nie w restauracjach na trzech piętrach dla turystów, ale w tanich barach, gdzie za kilka euro dostajesz pastę, która smakuje jak obiad u włoskiej babci. Murale, graffiti, codzienny rytm – to nie jest wystawka dla gości. To prawdziwy Rzym.
Dlatego uważam, że zamiast stać w kolejce do Koloseum, warto pospacerować po San Lorenzo. Bomba z 1943 roku zabiła tu 1500 osób, ale dzielnica odrodziła się jako miejsce oporu i autentyczności. Smakuje lepiej niż jakikolwiek przewodnik.








