Domowy chleb potrafi być zdrowszy od sklepowego, ale nie dlatego, że pieczemy go z zakwasem. Największą różnicę robi rodzaj mąki i ilość błonnika, a nie rytuał dokarmiania słoika. To dobra wiadomość dla wszystkich, których zakwas „umiera z niewiadomych przyczyn”.
Mnie też dopadła faza na pieczenie. I szybko zauważyłem, że internet sprzedaje zakwas jak lek na wszystko: lepsze trawienie, niższy cukier, mniej wzdęć. Prawda jest bardziej przyziemna.
Co naprawdę ma znaczenie
Chleb na białej mące pszennej zostaje białym chlebem, choćby fermentował trzy dni. To ziarno z pełnego przemiału daje błonnik, który spowalnia wchłanianie cukrów i karmi bakterie jelitowe. Powolna fermentacja może ułatwiać trawienie części osób, ale nie zamieni bułki paryskiej w superfood.
Dlatego przestałem się stresować kaprysami zakwasu. Sięgam po mąkę razową albo dosypuję otręby i ziarna. Efekt dla brzucha jest wyraźniejszy niż po tygodniach niańczenia startera.
Domowe pieczenie ma jednak sens, którego nie widać w tabelach wartości. Wiem, co jest w środku: brak polepszaczy, mniej soli, żadnych cukrów, których nie umiem wymówić.
Jeśli masz problemy trawienne albo cukrzycę, o skład diety zapytaj lekarza lub dietetyka. A zakwas? Traktuję go jak hobby, nie jak receptę zdrowotną – i wreszcie piecze mi się przyjemniej.








